From: Łukasz Wierzbicki (luke@oldfield.org.pl)
Witojcie!
Ha! Marek napisal pierwszy, wiec ja juz mam ulatwione zadanie.
Nie czytalem jeszcze ani jego, ani zadnych innych opini o koncercie,
widzialem jednak, ze Marek opisal wszystko chronologicznie
i rzetelnie. Ja zatem napisze najpierw swoje luzne,
osobiste uwagi, a potem ustosunkuje sie do opinii Marka.
A zatem:
Jon Anderson - dla mnie najwazniejszy.
Jak zwykle w bilych spodenkach, koszuli i kolorowwych mazancowych
kamizelkach. Spiew (bez pudla, zasuwal bezblednie wszystko,
co grali), czasem pomogal na klawiszach cos tam wystukac,
w Awaken mial mala harfe zakladana na ramie, no i oczywiscie male
perkusyjne stukacze, albo szumiaca gruszke (na przyklad na poczatku
Homeworld - na plycie tez ja slychac).
Byl bardzo sympatyczny i wesoly. Zartowal, choc czasem NIemcy nie
chwytali jego ezoterycznych zartow, on w ogole sie tym nie przejmowal...
Mowil: "anyway... this is our new song".
Gdy wital sie z nami powiedzial: "Welcome my wonderful people
in this beautiful place, however its called... Let us call it 'The House of
Yes'
tonight!!!"... i taki gest otwarta dlonia, zataczajac krag w powietrzu.
A miejsce nazywalo sie Columbia Halle... Na froncie budynku mielismy
taki napis, jak na amerykanskich starych kinach, ulozony z osobnych literek:
TONIGHT
YES
20:00
Jon usmiechniety, z brodka... trakcie koncertu smial sie do publicznosci,
gestami pytal tych przy glosnikach, czy nie boli ich lewe ucho,
smiejac sie z nich, ale tak milo...
Highlight Jona - Homeworld, Time And Word, And You And I.
Dalej chyba Igor. Bo to pradziwy showman. Wymachial taamburynami
z dlugimi stazkami, tylko po to, by zbogadzic widowisko,
smial sie, wolal, walil w rozne dzwonki, wyczynial rozne gesty,
bawiac sie nprawde znakomicie, czul sie jak ryba w wodzie.
No i gral przepieknie. Ze swoboda, bez przygryzania jezyka,
ale na luzie, wymachujac lapami, a wychodzily przepiekne trele...
Pokladam w nim wielkie nadzieje.
Aha, ubrany w biala koszule z szerokimi rekawami,
a te wstazki przy tamburynahc to tez takie rosyjskofolkowe akcenty,
podejrzewam, ze kiedys Yes zagra jezscze Kalinke :-)
Highlight Igora - Time And Word, piekny akustyczny fortepian...
Dalej oczywiscie Howe... jeszcze starszy,, niz poprzednio,
chudziutenki, siwiutenki, ale gra doskonale, jak zawsze.
Marek na peno Wam duzo o nim napisal,
mnie oczarowal w It WIll Be A Good Day,
bo jakos tak kulawo szedl ten utwor na koncercie,
dopoki Howe nie zaczal zasuwac ze swymi solowkami,
ktorych mial wiecej, niz w wersji studyjnej.
W ogole utwory z Ladder poza HOMEWORLD,
ktory zabrzmial wprost genialnie, troszke nie brzmialy mi...
brakowalo tych produkcyjnych smakow, bez ktorych
czegos im brakowalo. Np trabek w Lightning Strikes.
Takze Face To Face nie zrobilo takiego wrazenia,
jakie robilo na przyklad OPEN YOUR EYES na poprzedniej
trasie.
Za to podobalo mi sie (wiem, niejeden Yesomaniak skrzywi
sie z niesmakiem) to, jak Jon cieszy sie muzyk taneczna.
Gdy spiewal Lightning Strikes, dostal taki fajny poludniowy rytm
w tylek i przez chwile tanczyl przed mikrofonem, przyklaskujac.
Dobrze, moze wystarczy tych luznych wspomnien,
a teraz przejde do opisu Marka i sie powtracam :-))
>Scena - z tylu zawieszone proste logo Yes, takie jak na TheLadder (z
>drewna? ze styropianu?).
Ale pozlacane.
A po bokaach sceny duze symbole, jedne nad drugim,
te z gry komputerowej albo ktorejstam edycji cd.
>Od lewej do prawej: Igor i Alan z tylu, a z przodu
>Steve, Jon, Chris, Billy.
Jeszcze przed koncertem zauwazylismy zgodnie,
ze ladnie jest miejsce dla Igora i Alana z tylu,
a z przodu dla Howe'a, Jona i CHrisa...
Tylko dla Billy'ego nie bylo.
I faktycznie stal wciaz z boku i praktycznie nic nie robil,
a przynajmniej nie bylo tego slychac.
Dopiero w bisach wzial na siebie Cineme,
ale nie wyrabial, wiec tylko sobie jeszcze baardziej nabrechtal.
Jedynie solowki z Ownera wykonal poprawnie...
po prostu sie ich dobrze wyuczyl.
Nie mam niczego konkretnie przeciwko niemu,
bo skoro nie przeszkadza, jest ok,
ale po co zaklocac rownowage w zespole.
5 asow i jeden jopek.
>Kocnert zaczyna sie punktualnie, od Firebird, z poczatku cicho, potem coraz
>glosniej. Jednoczesnie, na scianie z tylu sceny wyswietlane sa slajdy -
>czarno-biale i kolorowe fotosy z roznych okresow dzialalnosci zespolu.
Tak, nawet Trevor Horn sie tam pojawil. :-)
Slajdy lecialy szybko i ladnie podkrecily atmosfere.
Ja najbardziej lubie w tych wstepach to, jak do muzyki
Stravinskiego z tasmy dolacza sie aakustyczna perkusja Alana.
Potwor sie budzi.
>Konczaca utwor coda to znow glownie popis Igora, ktory potrafi
>grac tak swobodnie i z takim wyrazem.
Tak, to wprost wzruszajacy fragment...
Brzmialo nieco jak Jon & Khoroshev...
>Fragment z Ritual - Jon spiewa "Hold me my love, hold me today..." do "Nous
>sommes du soleil" - a Igor akompaniuje "akustycznym" brzmieniem fortepianu.
I to tez wzruszajace...
Zpaoiedzial ten utwor jako "takie wspomnienie sprzed lat..."
>AndYouAndI - absolutna perfekcja
Jak zawsze. To utwor, ktory na koncertach zawsze
udjae im sie idealnie i zostal jakby stworzony,
aby dobrze brzmiec na zywo.
>It Will Be a Good Day - Billy gra tu na gitarze prowadzacej i niestety nie
>ma wiele do pokazania. Howe przygrywa na akustycznej, a najwiecej slychac
>Igora, ktory wypelnia dziury po Billym.
Inaczej to pamietam, to tu wlasnie Howe zagral dwie i pol,
a nie jak na plycie jedna solowke na giatarach.
Byc moze Billy prowadzil, ale Howe wydzieral sie tam w tle.
Posluchajcie na plycie, sa tam takie gitary...
Ladnie zagraly tutaj te drugie glosy w tle...
Ten utor byl wyraznie bardziej rozbudowany, niz na plycie.
Howe wzial tez na gitare to nucenie, ktore jest na plycie
pod koniec piosenki "lalaalaala... lalala..."
>FaceToFace - troszke jakby bez przekonania, moze brakuje studyjnych
>nakladek i dodatkowych instrumentow.
No wlasnie.
>Awaken. Lzy w oczach przy "like the time I ran away..." i
"turned around... and you were standing close to me..."
to takie slowa, ktore zostaja po koncercie w glowie...
>I juz, juz bisy...
Jakos szybko zeszlo, nie?
>Cinema - fajnie, ze to graja... szkoda tylko, ze w pierwszej "zwrotce"
>Billy rozpoczal swoja solowke, ale jej nie dokonczyl, bo zwyczajnie
>PRZESTAL GRAC! Chyba mu sie akordy pomylily... Igor dokonczyl linie
>melodyczna, ktora przerwal Billy. Ha ha ha.
Ha, ha, ha... Billy, bawidamek!
Taak to wyglada, jakby pchal sie do tego zespolu,
zeby wyrobic sobie dalszy start, marke,
albo zeby zarywac panienki w knajpach.
"The MOre We Live" i produkcja KTA to byly majstersztyki,
ale Billy powinien powiedziec sobie dosc i pozostac
za stolem mikserskim w roli producenta.
Tak jak to zrobil Horn swego czasu.
>Najpierw musze wyleczyc katar :) A potem pojechalbym jeszcze raz.
Czulem, ze nam sie Marek przeziebil!
Nie martwcie sie, chlopaki, oni jeszcze przyjada.
I to - trzymajmy kciuki - bez Billy'ego.
Pozdrawiam
Lukasz