Ostatnimi czasy nastała moda na wydawanie płyt zawierających archiwalne nagrania zrealizowane dla radia BBC. Po Beatlesach, Jethro Tull i paru innych grupach przyszła także kolej na supergrupę Yes. Ten dwupłytowy album zawiera różne nagrania radiowe. Są to w dużej mierze nagrania koncertowe. Cały zawarty tu repertuar pochodzi z pierwszych dwóch płyt zespołu, lecz jest tu kilka utworów niepublikowanych. Bardzo dobrze się stało, że taka płyta została wydana, gdyż zawarte tu utwory były dostępne jedynie na bootlegach (np "Lost Yesyears", "Looking Around") i ich jakość techniczna była przeważnie bardzo słaba. Tu też czasem jakość dźwięku nie jest rewelacyjna, ale znacznie lepsza niż w przypadku bootlegów. Bardzo dziwnie brzmią tu utwory z płyty "Time And A Word", gdyż zostały nagrane bez udziału orkiestry symfonicznej. Wśród zaprezentowanych tu nagrań można dostrzec wiele bardzo charakterystycznych elementów dla ówczesnego stylu grupy Yes. Takimi elementami są "kanciasta" gitara Banksa, organy Hammonda Tony'ego Kaye, jazzowo brzmiąca perkusja Bruforda z częstym używaniem werbla i talerzy, ostry bas Squire'a i dystyngowany tenor Andersona, który brzmi tu znakomicie. Na późniejszych płytach Anderson śpiewa jak eunuch, a tu jego głos brzmi wspaniale i aksamitnie. Na pierwszym krążku pierwsze pięć utworów pochodzi z sesji do programu Jonha Peela "Top Gear" z dnia 12 stycznia 1969. Dość ciekawy jest otwierający płytę Something's Coming - utwór ze strony B singla "Sweetness". Tu brzmi on nieco inaczej jak na singlu, ale to solo perkusyjne na początku jest jak gdyby nieco stłumione. Nie znam oryginalnej wersji utworu "Something's Coming" (jest to cover), więc trudno jest ocenić, czy utwór ten brzmi lepiej, czy gorzej od pierwowzoru. Natomiast w Everydays brakuje czasem elementów, które występują na płycie "Time And A Word", a Sweetness brzmi strasznie kanciasto. Organy Hammonda tak jakoś dziwnie brzmią. W Dear Father (nagranym w tym samym czasie, co pierwszy album grupy, lecz nie opublikowany) pojawiają się wspaniałe ostre riffy basu, a organy Hammonda w tle brzmią fantastycznie. Natomiast wokal Andersona i ta wokaliza w tle daje znakomity efekt, dopóki nie pojawi się śpiewanie wielogłosowe. Samo śpiewanie wielogłosowe nieco niszczy ten utwór. Czasem jednak w tym utworze Anderson śpiewa tak, jakby był eunuchem, choć pod koniec utworu załamuje mu się głos. Bruford w tym utworze niestety nie gra swoim tradycyjnym stylem i brzmienie jego perkusji nie jest tak stylowe, jak zwykle. Fantastycznie został zagrany Every Little Thing z repertuaru The Beatles. Tu Banks zagrał niezłe solo na tle riffów basu Chrisa Squire'a. Nawet charakterystyczne elementy twórczości The Beatles zniknęły z ich utworu. Looking Around nagrany dla programu Dave Symonds Show dnia 4 sierpnia 1969 roku jest typowo popowym kawałkiem i nie wyróżnia się zbytnio od tego, co inni grali w tych czasach. No prawie - "sopranowy" sposób gry na basie jest jednym z tych elementów odróżniających Yes od innych zespołów grających w tym czasie. Szkoda tylko, że Tony Kaye tak słabo gra na organach Hammonda. Kończące pierwszą z płyt utwory z "Time And A Word" brzmią trochę dziwnie. Sweet Dreams nagrany z programu "DaveLee Travis Show" dnia 19 stycznia 1970 roku brzmi nieco popowo i mdławo. Jest jakaś pustka w tym brzmieniu i moim zdaniem czegoś tu brakuje. Choć trochę to źle powiedziane, że czegoś, bo powinno być powiedziane "kogoś tu brakuje" (Howe'a i Wakemana). Ta gitara Banksa brzmi aż tak kanciasto, że niezbyt miło się słucha tego utworu, a śpiew Andersona jest zbyt popowy. Choć w kilku fragmentach Banks zagrał niezłe solówki na gitarze, lecz moim zdaniem lepiej byłoby, jakby grał tutaj Steve Howe. Then nagrany dla tego samego programu, co poprzedni utwór bez orkiestry symfonicznej również wiele stracił. Choć niezupełnie, bo perkusja Bruforda i ostry bas Squire'a podtrzymuje ten utwór. Ale organy Hammonda i kanciaste granie na gitarze nie są w stanie zastąpić orkiestry symfonicznej, a tylko przez dodanie jej utwór ten zyskał bardzo wiele na płycie "Time And A Word". Dopiero pod koniec Tony Kaye pokazał to, co potrafi na swych organach Hammonda. Podobne braki, lecz doskwierające w znacznym stopniu dotyczą ostatniego utworu na pierwszej z płyt - No Opportunity Necessary... zarejestrowany z niemieckiego radia. Ten utwór bez orkiestry jest po prostu koszmarny. Zamiast przepięknego brzmienia orkiestry słychać jedynie totalną rąbanke na gitarze i organach. Tego utworu nie da się słuchać w takiej wersji, gdyż jest on po prostu koszmarny, jeśli nie użyć mocniejszego sformułowania. Sekcja rytmiczna tylko trochę ratuje ten utwór, gdyż aż tak bardzo brakuje orkiestry, choć może nawet nie tyle - brzmiałby on lepiej, gdyby Howe i Wakeman grali wówczas w Yes. Druga płyta zaczyna się ciekawie. Pierwsze pięć utworów zostało nagranych z koncertu zwanego "Sunday Show" dnia 17 marca 1970. Jest to jeden z ostatnich koncertów Petera Banksa z grupą Yes (o ile nie ostatni). Astral Traveller w wersji koncertowej brzmi dość dobrze, mimo że brakuje elementów z drugiego albumu Yes. Choć trochę niepotrzebnie wydzierają się do mikrofonu Chris Squire i Peter Banks, ale za to Bruford gra na perkusji nie tyle znakomicie, co wykorzystuje swoje wspaniałe i stylowe brzmienie bębnów. Taki sposób gry Bruforda i jego prawdziwa radość gry jest najbardziej potrzebnym elementem w ówczesnej muzyce Yes. Czasem może denerwować przesterowanie wzmacniacza Banksa, gdyż przez to jego gitara brzmi dziwnie, tak jakby ktoś harował gwoździem po szkle. Ale sekcja rytmiczna znakomicie ze sobą współpracuje. Then nie brzmi już tak koszmarnie, jak w wersji z pierwszego krążka, lecz nadal brakuje w nim orkiestry. Perkusja Bruforda brzmi stylowo, bas Squire'a znakomicie współgra z perkusją, a do tego aksamitny tenor Andersona jest tym, co potrzeba. Szkoda, że gitara i organy stanowią głównie tło, choć czasem jednak Peter Banks pozwolił sobie na jakieś solo, lecz nie tak efektywne jak znane solówki Howe'a z późniejszych dokonań zespołu. Tony Kaye też czasem potrafił zagrać niezłe solo na organach, które było niejednokrotnie lepsze i ciekawsze niż jakiekolwiek solo gitarowe Banksa, lecz momentami jego organy brzmią trochę za cicho. Every Little Thing brzmi również lepiej, niż na poprzednim krążku z tego albumu. Również niewiele jest elementów Beatlesowskich. Everydays też brzmi poprawnie, choć brakuje w nim jednak orkiestry. W wersji koncertowej zespół potrafił pokazać, na co go stać. Również Banks współgra z zespołem, a nie trzyma się "na uboczu", jak to często mu się zdarzało. Tyle jest popisów solowych w tym utworze, że brzmi on naprawdę zdumiewająco. Prawdziwe malowanie dźwiękiem wspaniałych nastrojów. Ostatni z tej serii utworów koncertowych - For Everyone zaczyna się ostrą grą na gitarze i perkusji, następnie przechodzi w marsz i znowu to samo. Jak Anderson zacznie śpiewać, to brzmienie nieco się zmienia. W utworze można zauważyć wiele podobieństw do późniejszych utworów Yes - "Starship Trooper" i "I've Seen All Good People". Prawdopodobnie "For Everyone" jest pierwotną wersją tych utworów, gdyż jest wiele wspólnych elementów. Jedna z solówek Banksa przypomina trochę solo gitarowe, jakie można usłyszeć chociażby w słynnym klasyku Boba Dylana "Knockin' On Heaven's Door", ale w wykonaniu Guns'n'Roses. Niepotrzebnie trochę wyciszono ten utwór na dość ciekawej solówce na klawiszach. Przy okazji tych nagrań koncertowych można zauważyć, dlaczego Banks musiał się rozstać z Yes. Natomiast znowu w następnym utworze Sweetness tego gadulstwa Johny'ego Walkera na początku producenci płyty mogliby sobie darować. Ta wersja "Sweetness" nagrana z programu "Johny Walker Show" dnia 14 czerwca 1969 roku jest nieco ciekawsza od tej z pierwszej płyty. Chyba dlatego, że została później zarejestrowana i jest nieco bardziej dopracowana. Mimo kanciastego brzmienia utwór ten wypadł bardzo dobrze, zwłaszcza to solo gitarowe na zakończenie. Z tym ponownym umieszczeniem Something's Coming to już trochę przesada, gdyż obie wersje tego utworu nie różnią się wiele od siebie. Ta z drugiej płyty ma trochę dłuższe solo perkusyjne na początku. Sweet Dreams brzmi też lepiej niż na poprzednim krążku, choć ta zapowiedź na początku może trochę denerwować. Zarówno "Something's Coming", jak i "Sweet Dreams" pochodzą z programu "Top Gear" Johna Peela z dnia 23 lutego 1969 roku. Natomiast ostatni z płyty Beyond And Before nagrany z francuskiego radia zniechęca do słuchania kiepską jakością techniczną. Lecz sposób gry zespołu i gra zespołowa mogą zdumiewać. Ta kiepska jakość powoduje znaczne zniekształcenia głosu Andersona. Pod koniec utworu Peter Banks udowadnia, że przy takim sprzęcie, jaki zespół miał wówczas da się zagrać na gitarze różne dziwne solówki bez posługiwania się żadnymi współczesnymi "cudeńkami" zwanymi inaczej efektami do gitary. Okładka płyty jest dość bogata, choć zdjęcia nie są za ciekawe. W większości są to zdjęcia czarno-białe, a znowu tył książeczki do płyty został wydrukowany z średnio skompresowanego obrazka o niedużych wymiarach zapisanego w formacie JPG (widać wyraźnie typowe zniekształcenia). Jak na profesjonalne wydanie, to producenci powinni sobie oszczędzić tej amatorszczyzny i umieścić zdjęcie o lepszej jakości, gdyż takie zdjęcia na okładce tylko zniechęcają klientów do kupowania płyt.
Ocena: dobra.