W zespole Yes często zdarzały się słabe i dobre płyty. Najnowszy album zespołu zatytułowany "Open Your Eyes" i wydany pod koniec 1997 roku zawiódł nie tylko moje, ale i innych fanów zespołu oczekiwania. Faktem jest, że przed rozpoczęciem prac nad tym albumem po raz kolejny zespół opuścił znakomity klawiszowiec Rick Wakeman. Lecz wcześniejsze odejścia Wakemana wcale nie początkowały słabych płyt zespołu, lecz często bez niego zespół nagrywał całkiem udane płyty (np. "Drama" czy "Talk"). Lecz któżby przypuszczał, że odejście Wakemana przyniesie tak słabą płytę. Przede wszystkim płyta jest zdecydowanie przydługa (bo trwa około 74 minuty), a co gorsze, to przez większość płyty Anderson "drze mordę" w nieprzerwany sposób (bo trudno znaleźć inne określenie na jego sposób śpiewania na tej płycie). Chociaż na tej płycie zdarzają się ciekawsze fragmenty (np. Universal Garden, From The Balcony, czy nawet fragmenty Open Your Eyes). Już otwierający płytę utwór nasuwa porównania do dokonań zespołu Aerosmith. Podobne aranżacje powodują, że New State Of Mind można by nazwać jakimś kawałkiem wspomnianego Aerosmith, lecz głos Andersona wszystko zmienia, tak że utwór brzmi bardziej Yesowato. Jak wiadomo podstawowym instrumentem w tym zespole były klawisze, a tutaj aż trzech następców Wakemana mało co się udzielają na tej płycie. Klawisze stanowią tu głównie tło. Chociaż czasem brzmią jak jakieś fałszowanie w wykonaniu pijanych członków orkiestry symfonicznej. Choć nie można tego nawiązać do symfonicznej płyty zespołu - "Time And A Word", lecz raczej można by ten sposób gry nazwać parodiowaniem drugiej płyty zespołu. Jedynie jakieś konkretne solo na klawiszach pojawia się w utworze No Way We Can Lose, ale bardziej one przypomina koncertową wersję utworu "Knockin' On The Heaven's Door" w wykonaniu Guns'n'Roses niż cokolwiek, co może mieć wspólnego z Yes. Wynika z tego, iż następcy Wakemana jeszcze nie do końca opanowali idee gry w tym zespole i próbują jakoś tuszować wszystkie niedoróbki. Szkoda także, że przy okazji tej płyty nie powrócił do zespołu chociażby taki świetny klawiszowiec, jak np. Tony Kaye, czy też Patrick Moraz. Natomiast Billy Sherwood miał też okazję współpracy z zespołem Yes znacznie wcześniej (tuż przed nagraniem "Union"), lecz chyba na szczęście nie skorzystał. Również uznana za jedną z najlepszych sekcji rytmicznych zawodzi. Chris Squire i Alan White grają tak, jakby im się wyraźnie nie chciało. Brakuje także zespołowi dobrych pomysłów muzycznych. Momentami można odnieść wrażenie, że zamiast zespołu Yes słucha się jakichś tandetnych kompozycji na miarę Lady Pank z lat osiemdziesiątych. Znakomity gitarzysta, jakim jest Steve Howe gra tu przeważnie na gitarze elektrycznej, niż na swojej ulubionej akustycznej. Czasem też coś tam sobie pobrzdękuje na mandolinie, a czasem na banjo, lecz te instrumenty akustyczne giną w ogólnym zgiełku płyty. Najprawdopodobniej Howe został zmuszony przez resztę zespołu do takiej, a nie innej gry na gitarze. W niektórych momentach gitara brzmi po prostu jak kolejny syntezator. Utwór Man In The Moon jest tu jedynym utworem, w którym nie śpiewa Anderson (lecz prawdopodobnie śpiewa w nim Chris Squire, choć nie jest to do końca potwierdzone). Wielokrotnie na płycie zdarza się ładnie zaczynać utwór, a potem z pięknych brzmień przejść w popowy chłam. Jednym z takich przykładów jest utwór Wonderlove, czy nawet Somehow ..... Someday. From The Balcony jest chyba najładniejszym utworem z tej płyty. Słychać w nim przepiękne brzmienie gitary akustycznej Howe'a. Szkoda że ten zespół, który stać na bardzo wiele nie potrafił wyprodukować więcej tego typu wspaniałych kawałków. Szkoda tylko, że "From The Balcony" trwa tak krótko. Co dobre zawsze szybko się kończy, gdyż następne po nim utwory są znacznie słabsze. Chociaż słychać w nich jeszcze instrumenty akustyczne, to jednak są one wyraźnie niedopracowane. Czasem gdzieniegdzie przebłyskują fragmenty studyjnych utworów z "Keys To Ascension", ale są one dość skutecznie zagłuszane przez łomotliwe brzmienie. Jedynie zadośćuczynienie po tej całej katordze związanej z tą płytą przynosi jej zakończenie - jakąś minutę za utworem The Solution pojawiają się odgłosy morza i głosy ptaków. Przypomina to trochę początek najsłynniejszej płyty zespołu, czyli "Close To The Edge", lecz te piękne odgłosy są co jakiś czas zakłócane śpiewanymi acapella fragmentami niekrórych utworów z tej płyty. Pomysł z tą ciszą w utworze też nie jest do końca oryginalny, gdyż był on już wcześniej wykorzystywany przez inne zespoły, np King Crimson ("In The Court Of The Crimson King", "Islands"), Omega ("Vészkijárat"), U2 ("The Wanderer"), Pet Shop Boys ("Go West"). Nawet koncepcja zespołu pozostawia wiele do życzenia w świetle tej płyty. Bardzo przypomina ona koncepcję składu zespołu Omega z 1995 roku (dwa razy klawisze, dwa razy gitara), czy nawet koncertowe rozszerzenie składu zespołu Pink Floyd. Faktem też jest, że kilka lat wcześniej wskutek afery związanej z tym, że manager Andersona przy użyciu jego kont bankowych zarabiał na zespole Pink Floyd (co potem zakończyło się zamrożeniem kont Andersona) i w rezultacie Anderson stał się niemalże bankrutem próbując obecnie nagrywać maksymalnie dużo płyt, aby nadrobić straty. Lecz czy aby ten efekt osiągnąć musi się nagrywać takie przydługie i na dodatek słabe płyty? Chyba można inaczej takim kryzysom zaradzić. Co więcej - płyta "Open Your Eyes" jest o wiele gorsza niż takie kiepskie płyty zespołu, jak "Big Generator" czy "9012 Live - The Solos". Tak, jak przy słabej płycie "Big Generator" zespół pokazał, w jaki sposób nie należy tworzyć muzyki, co więcej - jak nie należy grać. Brakuje tu jeszcze Trevora Rabina, aby dokompletować ten cały chłam, jakim jest najnowsze "dzieło" zespołu Yes. Choć mówiło się, że wraz z przyjściem do zespołu Trevora Rabina nadeszły czarne chmury, to nikt nie pomyślał, że nawet po usunięciu tego "wiecznie obcego" członka zespołu może być jeszcze gorzej. Okładka płyty również pozostawia wiele do życzenia - logo zespołu w kolorze wściekłoczerwono-pomarańczowym na czarnym tle, a na górze tytuł albumu. Autorzy okładki mogliby się choć trochę postarać nad jej graficzną oprawą. Początkowo płyta była dostępna jedynie w Ameryce (obecnie jest dostępna na całym świecie), lecz moim zdaniem jest to zdecydowanie słaba płyta, jak na rynek amerykański. Udało mi się także zauważyć, że ktoś w Ameryce chciał za tą płytę dać jedynie 7 dolarów, lecz to i tak za dużo, gdyż ta płyta nie jest nawet tyle warta. I na koniec pomyślna wiadomość - zespół na trasie koncertowej gra jedynie dwa utwory z tej płyty (w tym "From The Balcony"). Całe szczęście, że tak malutki fragment płyty znalazł się w koncertowym repertuarze zespołu, gdyż w przeciwnym wypadku doszłoby do tego, że ludzie zaczęliby wychodzić z sali. W taki oto sposób otrzymaliśmy wręcz koszmarną płytę zespołu, który naprawdę stać na wiele.
Ocena: słaba.