Bardzo długo przyszło nam czekać kolejną płytę Yes w tym składzie. Na płytach z lat osiemdziesiątych niestety zabrakło nam Wakemana i Howe'a. Również długo czekaliśmy na długie wielominutowe utwory i suity. To, co zespół tworzył w latach osiemdziesiątych i na samym początku lat dziewięćdziesiątych, to były przeważnie tandetne krótkie utwory najczęściej zalatujące dyskoteką. Na dodatek ówczesny gitarzysta, Trevor Rabin posiadał w porównaniu z Howem średnie umiejętności gry. Na szczęście Rabin został z zespołu usunięty, żeby Steve Howe mógł powrócić. Również trzeci w historii Yes powrót Wakemana dobrze zrobił dla zespołu. Tych dwóch muzyków daje to, co nam się w muzyce Yes najbardziej podoba. Fakt, że zespół nagrał tą płytę w składzie takim, jak przy albumach "Tales From The Topographic Oceans" czy "Tormato" oznacza, że wśród nagrań koncertowych znalazły się wyłącznie utwory z lat siedemdziesiątych. Ciekawostką jest tu umieszczenie koncertowej wersji utworu America, z repertuaru Simon & Garfunkel, który wyszedł na składance "Yesterdays" i na wydawnictwie "Age Of Atlantic". Ta wersja koncertowa jest o wiele lepsza od wersji studyjnej, gdyż brzmi bardziej progresywnie. Nie brakuje tu wspaniałych popisów gry (przepiękne partie organowe Wakemana w połowie utworu Awaken z płyty "Going For The One", a także wspaniała gra Steva Howa w Onward z płyty "Tormato"). Jakoś dziwnym trafem niedoceniony przeze mnie utwór Siberian Khatru z płyty "Close To The Edge" brzmi tu naprawdę znakomicie i jest świetnym utworem na rozpoczęcie płyty. Nawet bardzo długie utwory nie nudzą słuchacza, gdyż zostały zagrane po mistrzowsku. Szkoda tylko, że zabrakło tu takich utworów, jak "Close To The Edge", czy "Soon", albo któregokolwiek utworu z płyty "Drama", nagranej niestety bez Andersona i Wakemana. Końcowe fragmenty "Awaken" trochę przypominają fragmenty suity "Close To The Edge" (znajdujące się tuż przed częścią "I Get Up, I Get Down" suity "Close To The Edge"). Bardzo dobrze w wersji koncertowej wypadł Roundabout, lecz trochę psują go drobne potknięcia wykonawcze we fragmentach granych na gitarze akustycznej. Trochę gorzej jest z partiami perkusyjnymi, gdyż Alan White nie gra tego utworu tak dobrze, jak Bill Bruford. Również rewelacyjnie brzmi Starship Trooper z płyty "The Yes Album". Reakcje publiczności na tym koncercie są jak najbardziej pozytywne i nie ma gwizdów czy też zagłuszania zespołu. Ogólnie mówiąc nagrania koncertowe brzmią tu na tyle rewelacyjne, że z perspektywy czasu wydaje się, że szkoda iż nie zostały w takich wersjach nagrane na płytach. Zdarzają się co prawda potknięcia wykonawcze, ale to jest normalne, zwłaszcza że zespół w tym składzie przez dłuższy już czas nie występował przed publicznością. Płyty dopełniają dwa premierowe nagrania studyjne. Pierwszy z nich, Be The One jest przepięknym smutnym utworem. Uważam, że jest to jeden z ciekawszych utworów tego zespołu. Prawdziwy przykład profesjonalnego grania rocka progresywnego. Jakby tego utworu nie słuchać, to zachwyca wieloma znakomitymi rozwiązaniami muzycznymi i nie ma absolutnie nic wspólnego z tandetnymi utworami z lat osiemdziesiątych. Ostatni utwór jest bardzo zróżnicowany. Zaczyna się ładnym długim orientalnym wstępem, potem zaś następuje mały zgrzyt w postaci nieco popowego brzmienia, które na szczęście szybko mija i wprowadza słuchacza w niesamowity i jakże progresywny nastrój. Jako suita jest to bardzo dobry utwór i moim zdaniem bije na głowę takie suity, jak "Close To The Edge", czy "Gates Of Delirium", choć momentami nawiązuje do środkowych fragmentów tej drugiej. Niepotrzebnie trochę Alan White próbuje naśladować styl Billa Bruforda. Chwali się też to, że Alan White porzucił już całkowicie na tej płycie bębny elektroniczne, które częstokroć psują całe brzmienie. Cały album chyba najbardziej pasuje do określenia "malowane dźwiękiem", które przypisywano brzmieniom zawartym na płytach zespołu z lat siedemdziesiątych. Moim zdaniem zespół powinien podążać w kierunku wyznaczonym przez te dwa utwory studyjne. Lecz niestety okazało się to niemożliwe z powodu kolejnego już odejścia Wakemana z zespołu.
Ocena: rewelacja.