Fakty -   Ludzie -   Dzieła -   Opinie -   Fanclub -   Serwis
 
 
YESOMANIA > OPINIE > RECENZJE
Dane o tej płycie

Robert: Talk

Robert Drózd


Ta płyta była zaskoczeniem. Po rozpadzie składu z "Union" wydawało się, że zespół (czyli kto?) już nie wejdzie do studia. Firma płytowa była jednak nieubłagana - Squire, Rabin, Kaye, White no i Anderson byli zobowiązani do nagrania jeszcze jednej płyty. Wydana ona została tak trochę w ukryciu, bez promocji, singli, trasy koncertowej itd. Skład z lat 80 nie mógł stworzyć cudów. Na "Talk" słyszymy podobne brzmienia i pomysły jak na poprzednich płytach, poczynając od "90125". Jednak o dziwo odbiór tego przez fanów był zupełnie inny. Np. niejaki Grzesiek Kszczotek, recenzent "Tylko Rocka" niesamowicie się nad tą płytą zachwycał, mimo iż bliźniaczy "Big Generator" sflekował umieszczając ongiś w Antykanonie. No cóż, de gustibus non est disputandum. Tak wychwalana, pierwsza od 17 lat suita, "Endless Dream" była jedynie chaotyczną kombinacją ogranych pomysłów. Choć dosyć efektowna, nie mogła zatuszować braków kompozycyjnych tego składu.

The Calling - to wołanie chyba za lepszymi czasami. Od razu widać, że w porównaniu z poprzednimi płytami rewolucji nie będzie. Wita nas zespołowy chórek, samotnie wydzierającego się wokalistę słyszymy rzadko. Sporo czadowania, a w trakcie mamy parę szpanerskich solówek. Jeśli ktoś lubi "Big Generator" będzie to dla niego wprowadzenie do ogrodu rozkoszy. Jeśli nie, cóż, trzeba się przyzwyczaić.

I Am Waiting - zaczyna się prawie Howe'owską gitarą, którą jednak po kilkunastu sekundach zagłusza tradycyjny rabinowski zgrzyt i łomot perkusji. Po chwili znowu wracają dźwięki z początku i wchodzi wokalista, wspierany przez dyskretny chórek. Brzmi to średnio - dosyć pretensjonalnie. Nagle po kilkunastu powtórzeniach "I am waiting" Anderson zaczyna się znowu wydzierać (całkowicie bez sensu), wreszcie wraca zgrzyt gitary i słyszymy niepiękny głos Rabina. Tak w kółko przez parę minut. W efekcie dostajemy, delikatnie mówiąc, koszmarek... Ani pomysł, melodia ani wykonanie nie pozwalają wyróżnić jakiś pozytywów.

Real Love - na początek jakieś dziwne dźwięki gitary, od razu widać, że coś się będzie działo. Przetworzony, mechaniczny wokal Andersona zaciekawia, w połączeniu z metalicznym podkładem. Cały utwór opiera się na jednym riffie, taki "prymityw" w wykonaniu Yes zaskakuje, ale nie odpycha. Refren, nie bardzo różniący się od zwrotek zachwyca genialnym wyciągnięciem głosu Jona, ale od razu wracamy do "maszyny". Gitara Rabina brzmi tu bardzo ciężko, niemal metalowo. Trochę szkoda, że nie rozwinęli swojej muzyki właśnie w metalowym kierunku. To, co mogłoby z tego wyjść mamy okazję usłyszeć w nagraniach Dream Theater. Pod koniec mamy wyciszenie i nagły powrót mocnego uderzenia.

State Of Play - zgrzyt gitary na początku oznajmia, że lekko nie będzie. Wokal przypomina ten z "Love Will Find A Way". Genialne wprowadzenie, szybkie zdania na tle urywanych riffów. Potem niestety standardowy refren, jakby wyjęty z "I Am Waiting". Możemy liczyć na rozmaite wokalno-instrumentalne smaczki, pojawiające się w różnych momentach. Po kilku minutach można się jednak znudzić. A przecież piosenka jest dosyć krótka.

Walls - utwór powstał przy udziale Rogera Hodgsona, niegdyś członka Supertramp. Nie wpłynęło to jednak za specjalnie na jego brzmienie. Chyba tylko tak, że robi on najbardziej tradycyjne wrażenie i przypomina bardzo... Asię. W przeciwieństwie do poprzednich kawałków najciekawszy jest refren, z ciekawie nakładającymi się głosami. W sumie jednak nic wielkiego.

Where Will You Be - ballada przypominająca mi "Holy Lamb", tym razem z bardziej rozbudowanym instrumentarium. Sama kompozycjia robi wrażenie stworzonej na siłę, choć oczywiście charyzma Jona Andersona ratuje trochę utwór, podobnie jak ciekawy podkład. Jednak z pustego i Salomon nie naleje... Pod koniec Rabin próbuje zmagań z gitarą akustyczną, wtedy można zrozumieć, dlaczego Howe był mimo wszystko lepszy...

Endless Dream - Yes nagrał suitę? Trzyczęściową? Z Rabinem? Niesamowita sprawa. Zaczyna się podobnym czadem jak ongiś "Machine Messiah"... Żaden fan Yes nie rozpoznałby tego co mamy okazję usłyszeć na początku, jako dzieło swego ukochanego zespołu. Kilka minut szaleństwa gitarowo-perkusyjnego, porównywalnego chyba do "The Fish" i pochodnych, ale znacznie ostrzejsze. Wreszcie wchodzi wokal, ale i tak nie sposób Andersona tu rozpoznać - głos jest zniekształcony i "dyskretny". Dopiero po paru minutach słyszymy Jona w pełnej krasie. Gdy już skończy się wyzewnętrzniać, "prawdziwym fanom" włosy na głowie stają. Rabin robi ze swoją gitarą takie dziwne rzeczy, że Yes bardziej wtedy przypomina Red Hot Chili Peppers niż legendę prog-rocka. Niestety szaleństwo się kończy i wchodzi tradycyjny, "rozmarzony" refren. Do końca jest już w miarę normalnie, choć jeśli się dobrze wsłuchać, w tle mamy trochę ciekawostek i wstawek wokalnych na pierwszym planie. Jednak jest to już zdecydowanie drugiej świeżości. Jedno tylko nagłe przyspieszenie riffów Rabina i szybka solówka mogą zaintrygować. Widać, że chcieli, ale nie bardzo mogli tworzyć długaśne utwory, gdyż po prostu brakowało pomysłów na udane kompozycje.


Na Yesomanii od 3 kwietnia 1999.

   POWIĄZANE:

Dane o tej płycie

Tylko Rock: Yes - Talk
...Fortepianowa introdukcja, mocne uderzenia basu perkusji, gitarowo-syntezatorowe unisona... Gdy w końcu pojawia się głos Jona Andersona, zapominamy, że jest już rok 1994 i króluje ostry, brutalny rock...
Autor: Grzesiek Kszczotek (Tylko Rock 6/94)
Dodane: 12 lipca 1999.

Express Wieczorny: Yes - Talk
...Na albumie rządzą Trevor Rabin i Jon Anderson. Ci panowie są jak teza i antyteza. A jakaż jest synteza? Przedziwna...
Autor: Andrzej Ignatowski (Ekspres Wieczorny 6.05.94)
Dodane: 12 lipca 1999.

Do góry strony Poprzednia strona (c) 1998-2003 Yesomaniacy. Koordynator serwisu: Robert Drózd