W latach 1969-70 Yes był jedną z wielu mało znanych rockowych grup, marzących o sukcesie. Aby zdobyć jakąś popularność muzycy koncertowali gdzie tylko się dało. Oficjalna biografia informuje, że zagrali kiedyś nawet na ekskluzywnym garden party u księcia Lowensteina (nie mam pojęcia kto to jest, ale zawsze książę) skąd zresztą wyproszono ich po paru kawałkach, na co zespół zareagował kompletnym upiciem się. Do miejsc, z których ich nie wyrzucano należały rozmaite stacje radiowe, które rejestrowały występy zespołu, na żywo, choć nie zawsze przed publicznością. Po nagraniach (głównie dla BBC, ale także stacji niemieckich i francuskich) pozostało kilka taśm, kilkadziesiąt utworów, które przez dwadzieścia parę lat zdążyły obrosnąć legendą. Część z nich pojawiała się na rozmaitych bootlegach. Wreszcie w 1997 archiwalny Yes otrzymał oficjalne błogosławieństwo i na dwóch CD (łącznie nieco ponad 90 minut) ukazał się wybór z tych nagrań, zatytułowany "Something's Coming - The BBC Recordings 1969-1970". Mamy 18 utworów, kilka z nich w dwóch wersjach. Nie tworzą one za specjalnie jakiejś całości, ale tak to jest ze składankami. Przed niektórymi piosenkami mamy okazję posłuchać wstępu prowadzących program w stylu: "Listen to Jon Anderson, he's got a lot of soul!"
Od razu trzeba ostrzec, że wszystkie nagrania są monofoniczne, a ich jakość waha się od średniej do bardzo słabej. Np. przestery i interferencje zakłócają prawie połowę . Mimo kiepskiego brzmienia płyta stanowi dokument interesujący każdego chyba fana Yes. Jeśli ktoś zna grupę z monumentalnych kompozycji w stylu "Close To The Edge", może przeżyć niezłe zaskoczenie. Wiele utworów można określić mianem które ostatnio robi furorę u moich znajomych w odniesieniu do płyt Zorna - miazga. Rzeczy zagrane z taką determinacją, zaangażowaniem, że po prostu wbijają w ziemię. Yes grał wówczas w składzie: Jon Anderson - śpiew, Peter Banks - gitara, Chris Squire - bas, śpiew, Tony Kaye - organy, Bill Bruford - perkusja. Najciekawiej prezentuje się chyba Banks, który zresztą jest autorem obszernej opowieści we wkładce. Jego gitara brzmi niezwykle ostro, przewierca słuchacza, niewątpliwie prowadzi utwory. Banks - przypomnę - wyrzucony został z zespołu po drugiej płycie, czego nie może chyba do dzisiaj darować kolegom, bo w swoim tekście nie dość, że im przygaduje, to jeszcze sobie przypisuje rolę najważniejszego muzyka w Yes, chwali się także wymyśleniem nazwy grupy. Jakby nie było, jego wkład w twórczość zespołu jest na "Something's Coming" o wiele bardziej widoczny niż na pierwszych płytach studyjnych - "Yes" i "Time And A Word". Banks bawi się swoją grą, wstawia co chwilę różne smaczki albo odgrywa melodyjki z dziecięcych zabaw ("Panie Janie..." itd.). Tony Kaye stanowi tło dla Banksa, jednak nie można nie docenić jego organowych popisów. Sekcję rytmiczną słychać trochę słabo - ale np. w drugiej wersji Then mamy niesamowity pokaz ich możliwości. Niby utwór popowy, ale Squire i Bruford jazzują aż miło. Obraz zespołu dopełnia wokalista. Celowo wspominam o Andersonie na końcu. Nie był on wówczas tak charakterystycznym elementem Yes, jak w następnych latach. Tu po prostu śpiewa, ładnie, bez typowej dla późniejszych płyt egzaltacji. Najlepiej wypada w pierwszej wersji Sweetness, bardzo swobodnie, prawie że śmieje się do słuchaczy. Jedyne piosenki, które wydają się niepotrzebne to obie wersje Everydays, obie dosyć rozwlekłe i przez to mętne, podobnie zresztą jak oryginał.
Poza kawałkami znanymi z dwóch pierwszych albumów mamy trochę rarytasów. Utwór tytułowy, Something's Coming (z wplecionym fragmentem musicalu West Side Story) opublikowany był pierwotnie na stronie B "Sweetness" - pierwszego singla zespołu. Wersja studyjna znajduje się na 4-płytowym boxie "Yesyears". Dear Father wydany został jako strona B singla "Sweet Dreams" i był dostępny na składance "Yesterdays". Prawdziwym rarytasem jest niepublikowany nigdzie "For Everyone". Zaczyna się typowo, dopiero po paru minutach można się nieźle zdziwić. Otóż muzycy zaczynają grać "Disillusion", które znamy doskonale jako drugą część "Starship Trooper"! Na dodatek, w tym jednym utworze rolę wokalisty przejmuje Squire. Inna ciekawostka. W Sweet Dreams słychać efekty cofanej taśmy, dzisiejszemu słuchaczowi kojarzące się jednoznacznie z hiphopowymi scratchami.
Nie podjąłbym się ryzyka polecenia tego albumu osobie zaczynającej dopiero swoją przygodę z Yes. Dla fanów jest to jednak rzecz bezcenna.
Ps. Nie wiedzieć czemu, wersja amerykańska tej płyty nosi tytuł "Beyond And Before" i ma inną okładkę. Japończycy także nie pozostali w tyle i album wydali w jeszcze innej oprawie. Uzupełnieniem tej tragedii dla kolekcjonerów płyt niech będzie fakt, że pojawiła się też wersja winylowa - podwójny LP plus siedmiocalowy singiel...