Uff, jeszcze jedna składanka... Tym razem mamy tutaj wybór najbardziej znanych piosenek zespołu, brakuje jedynie czegoś z "Close..." (ale co stamtąd wybrać !). Ponieważ poza singlową wersją "Soon" nie ma żadnych innych "rarytasów", składankę tą polecić należy głównie ludziom, którzy nie znają jeszcze żadnych dokonań Yes. Przynajmniej w moim przypadku utwory tutaj zawarte stanowiły doskonałe wprowadzenie do zaczarowanego świata tej muzyki. Poniżej jest moja recenzja, którą jakiś czas temu opublikowałem w nieistniejącym już serwisie ProRock - Centrum Muzyki Ambitnej.
Zespół
Yes poznałem przypadkiem przed pięciu laty. W pewnej rozgłośni radiowej
pomylono kasety z nagranym programem i zamiast Talking Heads puszczona
została ilustrowana muzycznie historia Yes'ów. Na początku chciałem
sobie odpuścić sprawę, uśmiechnąwszy się - jaka to głupia nazwa dla
grupy rockowej, ale ostatecznie audycję nagrałem. Po pierwszym
przesłuchaniu kasety muzyka ta zawładnęła mną i w swoich objęciach
trzyma do dziś.
Dlaczego o tym wspomniałem? Otóż składanka "Highlights - the Very Best
of Yes", którą zamierzam tu przedstawić zawiera dokładnie te same
utwory, które powaliły mnie wtedy, w czerwcu 1994 roku. Jest ona zatem
doskonałą rekomendacją dla ludzi, którzy nie mieli jeszcze okazji
usłyszeć nagrań tego zespołu. Mamy tu przekrój przez karierę Yes od
wczesnych lat 70, do końca lat 80. Grupa ta w historii rocka stanowi
zjawisko wyjątkowe. W swojej twórczości potrafiła połączyć artystyczne
ambicje i przystępność muzyki. "Highlights" jest tego doskonałym
przykładem.
Już sam początek podrywa na nogi - dudniący bas Survival
wspomagany przez dynamiczną perkusję i śpiewne organy wprowadza
specyficzny nastrój. Po minucie wchodzą pojedyncze akordy gitary i
wreszcie śpiew Jona Andersona. Wokalista Yes znany jest ze
specyficznego, wysokiego głosu, czego na razie nieśmiałą próbę daje w
tym kawałku. "Survival" powoduje, że zapominamy o otaczającym nas
świecie i zanurzamy się w czarujący świat tej muzyki. Nie uwolnimy się
od niej przez ponad godzinę - tyle trwa płyta.
Don't doubt the fact there's life within you.
Yesterday's endings will tomorrow life give you.
All that dies dies for a reason:
To put its strength into the seasons.
Time And A Word zadziwia nas świeżością. Zachęca do aktywnego
życia, dodaje energii. Kiedyś w jednej z recenzji napisałem, że utwór
jest formą "nadziei muzycznej". Śpiew Andersona wspomaganego przez
gitarę akustyczną, a w refrenie przez orkiestrę jest czysty, spokojny,
pozbawiony agresji, a jednak dający siłę.
Starship Trooper - to już dłuższa wyprawa w świat Yes. O ile
poprzednie utwory miały po kilka minut, ten ma prawie 10. Właściwie
każdy opis tej muzyki byłby ubogi - w "Starship Trooper" widać
niesamowitą precyzję wykonawczą i co najciekawsze - prowadzenie kilku
niezależnych wątków muzycznych przez poszczególnych instrumentalistów.
To co w przypadku wielu zespołów art-rockowych powoduje chaos, tutaj
splata się w idealną harmonię. Nie ma miejsca na nudę - przeciwnie,
wysłuchując wielokrotnie ten utwór zawsze znajdziemy coś nowego... Tekst
śpiewany przez Andersona jest już inny - nie traktuje o jakiś sprawach
przyziemnych - w poetycki sposób opisuje podróż autora po krainie
fantazji. Zwyczajnie. Kosmos.
I've Seen All Good People - kolejna "nadzieja muzyczna" :-)
Życie staje się prostsze, gdy się tego słucha. W tle słyszymy taką
niesamowitą liczbę instrumentów, że może się zawrócić w głowie. Raz
(chyba kościelne) organy, potem prawie że country, wreszcie miły chórek
w refrenie... Do tego w pewnym miejscu mamy wsamplowane "Give Peace A
Chance" Johna Lennona.
Roundabout - zaczyna się wirtuozerskim popisem gitary
12-strunowej. Potem wchodzi rozrywający wnętrzności bas i wokal. Cały
utwór jest mocno zrytmizowany. Chwilowe złagodzenia tempa służą jedynie
do nabrania oddechu. Jeśli ktoś sądzi, że rock progresywny to tylko
smutne zawodzenie, niech posłucha tego, a wszystkie płyty Slayera
wyrzuci na śmietnik (aj, nie bijcie, ja tylko żartowałem - bardzo lubię
Slayera...)
Long Distance Runaround - klasyka. Cholera, nie chce mi się
znowu powtarzać, jakie to jest doskonałe, jest i basta!
The Fish (Schindleria Praematurus) - Fish to przydomek basisty
Yes, Chrisa Squire. Mamy tu jego instrumentalny popis, odegrany w stylu
tysiąca dźwięków na sekundę.
Soon - tego się (ponownie) nie daje opisać. Najliryczniejszy
kawałek świata, w oryginale jest tylko częścią suity "Gates of
Delirium". Tutaj błyszczy samodzielnie. Po prostu czyste, wydestylowane
piękno. Trudno wprost uwierzyć, że takie nagranie mogło powstać. Sięga w
głąb duszy i wyciąga z niej cały ból, o kurcze, jaki poeta ze mnie :-)
Wokalny popis Andersona kończy kaskada klawiszowych słodkości, które
zostały chamsko zerżnięte przez Pink Floyd w utworze "High Hopes"
Wonderous Stories - największy przebój w historii Yes, liryczna
ballada skryta w akustycznym brzmieniu gitary, z tradycyjnie
skomplikowanym tłem dźwiękowym.
Going for the One - no to skaczemy! Nie, nie ze spadochronem,
ale do góry. Utwór zawiera taką niesamowitą porcję energii, że jest to
jedyne wyjście. Na siedząco się tego nie da słuchać w żaden sposób.
Owner of a Lonely Heart - zdziwienie? Prosty, zdecydowany riff
na początku, ostra gitara, mechaniczne brzmienie. Ale kto powiedział, że
Yes nie może zmieniać swojej muzyki? "Owner..." było jednym z większych
hitów lat osiemdziesiątych.
Leave It - Ponownie kanciaste riffy, solówki, zniekształcony
wokal. Intrygujące, czego ci ludzie nie potrafią wymyślić...
Rhythm of Love - Żegnamy się już z płytą. Przebojowe brzmienie,
które słyszymy w tym kawałku, razi trochę "ortodoksyjnych" fanów, ale
jest kanwą do ostatniego już powalenia słuchacza mnogością pomysłów.
Na co więc jeszcze czekacie? :-) Dodatkową zachętą do zdobycia tej
płyty jest fakt, że w wielu sklepach można ją dostać po promocyjnej
cenie...
To na tyle, dzięki za uwagę :-))))