"If it wasn't for love I'd still be all alone
And completely in the dark
No friends would help me through the night
No singing in the park"
('If It Wasn't For Love')
W roku 1988 Jon Anderson snuł plany aby udać się w podróż na Kubę i nagrać tam album z towarzyszeniem muzyków kubańskich (uczynił to 10 lat później Ry Cooder - album i film "Buena Vista Social Club" z wielkim powodzeniem lansował na całym świecie muzykę kubańską). Niestety wytwórnia CBS nie zgodziła się na wizjonerskie pomysły Jona i skłoniła go do pozostania w Los Angeles i nagrania albumu wypełnionymi popowymi piosenkami. Produkcją płyty zajął się Stewart Levine. Zamiast kubańczyków zaoferowano Jonowi najlepszych muzyków sesyjnych spod sztandaru wytwórni Columbia (Rhett Lawrence - klawisze, Paulinho da Costa - perkusja, Lenny Castro - perkusja, Michael Landau - gitary) oraz członków znanej grupy Toto (Jeff Porcaro - perkusja, Mike Porcaro - bas, David Paich - klawisze, Steve Lukather - gitary, Joseph Williams - śpiew). Jon odwdzięczył się zespołowi Toto goszcząc w chórkach w ich wielkim przeboju "Stop Loving You".
W komponowaniu utworów Andersonowi pomogli Rhett Lawrence, Don Freeman i David Paich. Otwierający album "Hold On To Love", podobnie jak piękną balladę "In A Lifetime" Anderson napisał wspólnie z Lamontem Dozierem, twórcą wielu przebojów wytwórni Motown, znanym też ze współpracy z Philem Collinsem oraz Simply Red. Ozdobiony genialnymi "wokalnymi solówkami" "Hold On To Love" zyskał sobie pewną popularność, wielkim przebojem jednak się nie stał. Podobnie melodyjnych, chwytliwych i pomysłowo zaaranżowanych piosenek proszących wręcz by stać się przebojami znajdziemy na albumie "In The City Of Angels" wiele.
Cała płyta utrzymana jest w słonecznym kalifornijskim stylu, zdradzającym kilka ciekawych muzycznych fascynacji. Mamy nagrane w delikatnym rytmie reggae "If It Wasn't For Love", taneczną "Betcha" czy wypełnione gorącym karaibskim powietrzem "New Civilization". Mamy inspirowany kulturami Indian (które to inspiracje ujawniły się później z całą mocą na albumie "Toltec") utwór "Sundancing". Mamy niedługą, acz uroczą ballada "For You" dedykowana ukochanej żonie Jennifer, a także piękną i wzruszającą piosenka "Is It Me". Najbliższy 'yesowym' brzmieniom jest bez wątpienia utwór "Top Of The World", z nieco baśniowym tekstem i mocnym, gitarowym brzmieniem (ukłony w kierunku Steve'a Lukathera).
Niestety płyta nie cieszyła się zasłużoną popularnością. Konserwatywnym fanom grupy Yes nie przypadły do gustu "błahe" piosenki Andersona. Rynek muzyczny nie uczynił zaś z niego drugiego 'Michaela Boltona', czego być może oczekiwano. Może zabrakło odrobiny promocji, może ładnego teledysku.
Ja w przeciwieństwie do wspomnianych konserwatystów i do tak zwanego rynku muzycznego pokochałem "In The City Of Angels" bez zapamiętania. Za melodyjność piosenek, ciepło tekstów i takież ciepło zawarte w muzyce. W głosie Jona. W aranżacjach. Darzę też Andersona szacunkiem za kompromis, który udało mu się wypracować na tej płycie. Nagrał zwyczajne - zdawałoby się - piosenki, zachowując jednocześnie wyjątkowość ukrytą gdzieś w swej niepowtarzalnej melodyce, w sposobie śpiewania, w romantyzmie tekstów....
Zawsze największą słabość czułem do dwóch fragmentów albumu. Pierwszy to "It's On Fire" z typowo Andrsonowską melodią, zdawałoby się nieregularną, a piękną oraz z doskonałą perkusyjno-klawiszową aranżacją i wspaniałym tekstem. Drugi to natchnione "Hurry Home (Song From The Pleiades)" nagrane z towarzyszeniem chóru. Prawdziwie jednak doceniłem wartość ich obu, gdy usłyszałem je sześć lat później nagrane przez Jona Andersona raz jeszcze na albumie "Change We Must"... na którym nikt już mu nie mówi, czego od niego oczekuje.
Łukasz Wierzbicki