Muzycy Yes raczej nie pragną nikogo zaskakiwać Od lat grają praktycznie tak samo, zmieniając jedynie proporcje między utworami bardziej skomplikowanymi, rozbudowanymi formalnie, a tymi bardzo prostymi, piosenkowymi. The Ladder to płyta zdecydowanie piosenkowa. Oczywiście, piosenkowa jak na Yes, bo w ujęciu globalnym nowe kompozycje zespołu są nadal niezwykle wyrafinowane. Ich ciężar gatunkowy jest jednak wyraźnie mniejszy niż choćby niektórych "monumentów" z obu albumów Keys To The Ascension.
Na The Ladder dominują wpadające w ucho, bezpretensjonalne utwory, których czas trwania oscyluje najczęściej w granicach pięciu minut. Chwilami robi się nawet bardzo przebojowo. Jak w It'll Be A Good Day (The River). Albo w If Only You Knew. Niczego pod tym względem nie brak też Face To Face, To Be Alive (Hep Yada), Finally i The Messenger. Albo Lightning Strikes, ładna to piosneczka niedługa, chciałoby się rzec i nie ma w tym cienia drwiny. Zespól sam postanowił, że będzie to teki muzyczny żart. No bo jak inaczej wytłumaczyć ten śmieszny początek, który zapewne wsamplowano z jakiegoś starego animowanego filmu Walta Disneya.
Członkowie Yes nie byliby jednak sobą, gdyby nie przedstawili jakichś dłuższych kompozycji. Na The Ladder mamy je dwie - Homeworld (The Ladder) i New Language. W pierwszej, bardzo podniosłej, zwraca uwagę przede wszystkim piękna akustyczna końcówka. To jeden z takich momentów, kiedy wejście Jona Andersona wywołuje u słuchacza gęsią skórkę. Natomiast New Language to w sumie prościuteńki, nie wyróżniający się niczym szczególnym utwór poprzedzony wszakże kapitalnym instrumentalnym wstępem z doskonałymi partiami gitarowymi Steve'a Howe i organowymi Igora Khorosheva i Billy'ego Sherwooda. Porównanie z początkiem Close To The Edge byłoby oczywiście nie na miejscu, ale w tym fragmencie też jest coś magicznego.
The Ladder to płyta opierająca się w znacznej mierze na brzmieniach gitar. Kluczową postacią w Yes zdaje się być teraz Steve Howe, który już dawno tak sobie nie pograł. I czy są to karkołomne solówki, czy zwykle akompaniowanie Andersonowi na gitarze akustycznej, słychać, że mamy do czynienia z odzyskującym swą najwyższą sprawność mistrzem. Można by tu jeszcze wspomnieć o Chrisie Squire. Jego charakterystyczna gra, nasycona bogactwem motywów figuracyjnych, jak zwykle przykuwa uwagę. Ale to przecież norma.
Yes. Ten zespół znów nagrał bardzo dobry album.
GRZEGORZ CZYŻ