Patrzę na datę pierwszych utworów w mp3, jakie ściągałem i widzę, że
"Lightning Strikes" znam od 30 lipca, czyli prawie dwa miesiące! - a "New
Language", "Homeworld" i "Nine Voices" od 23 sierpnia, czyli równo miesiąc.
Inne tylko trochę krócej. Czyli pierwsze wrażenia są już szesnastymi
wrażeniami :) a moje noty wyglądają na dziś tak, jak to przedstawiono na
obrazku poniżej. Maks. liczba punktów to 6, a plus lub minus w nawiasie po
punktacji wskazuje tendencję rosnącą lub malejącą od chwili pierwszego
wysłuchania piosenki do teraz :)
Homeworld ****+ (+)
Mogło być gorzej. Z początku nie byłem zachwycony - i *zachwycony* nadal
chyba nie jestem, ale coraz bardziej lubię ten utwór. Rzeczywiście może to
być "klasyk", którego będzie się z przyjemnością słuchać za kilka lat. Z
początku raziła mnie akustyczna końcówka, bo zdawała mi się doklejona na
siłę i sama w sobie dość mało ciekawa, ale całkiem możliwe, że "ujrzałem
światłość" :) natomiast główna część utworu jest naprawdę bogata i piękna
instrumentalnie. Igor od samego początku daje poznać, że chociaż trafił do
zespołu właściwie przypadkiem, to przypadek ten należy uznać za szczęśliwy.
Nie mam zdania na temat, czy jest to nowa dla Yes kompozycja, czy raczej
trąci myszką. Chwilami jakby trąci, ale całość brzmi inaczej, niż ich
poprzednie dokonania. (Nadal nie znoszę nudnego basowego przejścia między
główną częścią a instrumentalną kodą.)
It'll Be A Good Day **+
Właściwie stosuje się tu wszystko co napisałem niżej o "If Only You Knew",
ale ponieważ linia melodyczna jest tu moim zdaniem ciekawsza i więcej się
dzieje, jest dodatkowy plus. IWBAGD nie *denerwuje* mnie z jakiegoś powodu,
a IOYK tak. Nie wiem, dlaczego tak jest :)
Lightning Strikes *****
Pięć gwiazdek! A może jeszcze i plus! Bo owszem, to jest pop, ale (a)
wspaniale pomyślany i równie wspaniale zagrany; (b) to chyba pierwszy raz
od Ownera, kiedy zespołowi udało się wymyśleć i nagrać utwór popowy, który
naprawdę działa, nie jest wysilony, podonosi na duchu i w ogóle ma same
zalety :) Wbrew pozorom sporo sie dzieje w warstwie instrumentalnej, rytm
jest interesujący i nietypowy (jak dla typowego radia w każdym razie).
Zwykła popowa piosenka osłuchałaby się przed 2 miesiące, a ja nadal słucham
tego z naprawdę niesłabnącą przyjemnością. A tańczenie do LS jest
wyczerpująco zabawne (mówi to gość, który nie umie i nie cierpi tańczyć!)
Jedna tylko uwaga: wersja singlowa kończy się akurat w samą porę. W wersji
z płyty końcowe pokrzykiwania Andersona trwają stanbowczo za długo - ile
razy można powtarzać to samo, i to tuż przed Can I, który sam w sobie jest
jednym wielkim powtórzeniem tego samego motywu? Przejście do Can I powinno
nastąpić moim zdaniem znacznie wcześniej.
Can I *** (-)
Uwielbiam We Have Heaven, ale zacytowanie jednej linijki wokalu jakoś nie
wystarcza, żeby utworek wspiął się na ten sam poziom. WHH było ciekawym
eksperymentem - a Can I jest ot, taką sobie podśpiewywanką, niczym nowym.
Wspomniałem już chyba kiedyś, że sylaby, które wyśpiewuje Anderson jakoś
drażnią moje polskie ucho = pewnie dla ucha angielskiego brzmi to
przyjaźniej. Efekt jest dla mnie taki, że chociaż utwór jest krótki, to i
tak mam ochotę, żeby się już wreszcie skończył. Innymi słowy cieszę się z
pomysłu, ale wykonanie wcale mnie nie zachwyca.
Face To Face ***+
Nie wiem czy zgadzam się z Robertem, że przyspieszenie tempa pomogłoby tej
piosence. Dla mnie brzmi ona znacznie mniej ciekawie niż LS, nie ma tego
"kopa" ani tej pomysłowości. Drażni mnie powtarzające się "face to face,
face to face, face to faaaaace..." w końcówce utworu. Jest jeden
fantastycznie chwytliwy moment, mianowicie "We began (in?) the very first
spring, how (now?) the promise will come if the promise is made" - ta
ogromna energia wyzwolona po króciutkiej pauzie daje niesamowity efekt. W
sumie jednak nic specjalnego, ale w porównaniu z If Only You Knew i It'll
Be a Giood Day, Face to Face broni się dobrze i pasuje do płyty.
If Only You Knew **
Jej, toż to może być najkiepściejszy utwór w historii Yes! :) Rzadki
przypadek kiedy wysiłek całego zespołu nie jest w stanie tchnąć życia w
cienki ponysł Andersona. Howe ma ładne wejścia na gitarze hawajskiej pod
"You caught me when I was falling", ale utworu jako całości nie mogę
wysłuchać bez irytacji i/lub znudzenia. Dla porównania, lubię "Hurry Home"
i "Change We Must" (powiedzmy, typowe melodyjne piosenki Andersona), ale
IOYK, że tak powiem, siada. DLa tych, któzy znają Andersona "The More You
Know" - to brzmi jak odrzut z tej właśnie płyty (może tytuł się nie
naadawał? :)
To Feel Alive ***+ (-)
Z początku bardzo polubiłem ten utwór, ale w odróżneniu od Lightning
Strikes, ten starzeje się dosyć szybko. Nadal lubię chórki (które trochę
skrytykował Robert), ale całość jest trochę za bardzo przewidywalna.
Słuchając TFA po raz pierwszy autentycznie się wzruszyłem przy "It doesn't
get much better than this" (autotematyka?) ale i ten moment dość szybko
traci dla mnie urok.
Finally ****+ (+)
To chyba ulubiony utwór Kaczkowskiego :) Podobny kompozycyjnie do
następującego po nim The Messenger, i moim zdaniem trochę słabszy - ale
rośnie mi z dnia na dzień. Mocny rockowy wstęp rzeczywiście przypomina
trochę "Order of the Universe" i niech nikt już nie narzeka na głos
Andersona, bo Finally jest dowodem, że Jon jest w świetnej formie. (Jak
pisałem wcześniej, wydaje mi sie, że to co słyszymy chwilami jako
spłaszczony i wysilony głos na tej płycie jest winą kompozycji niektórych
utworów, wymuszających taką interpretację.) Jak domyślacie się z tej
recenzji, jedna z rzeczy, któych najbardziej nie lubię u Yesów są
powtórzenia - i od początku byłem zawiedziony tym, że Finally i The
Messenger mają tak podobną konstrukcję. Jednak oba są doskonałe, a końcowe,
akustyczne części różnią się na tyle, żeby to przeboleć. Kwestia gustu,
rzecz jasna, ale "I can feel the earth moving" jest bardzo piękny, a dla
mnie istotnie "moving".
The Messenger ***** (+)
Nareszcie! Po raz pierwszy słyszę na tej płycie (no, drugi, po LS), że
Yes zrobili coś zupełnie, zupełnie nowego w całej swojej karierze. Henry
Potts porównywał TM to "A Venture" i chyba słusznie, ale Venture było
daaawno, a poza tym znikło w czeluściach historii, bo nie było grane na
koncertach. Nie przypominam sobie innego choć trochę podobnego utworu
Yes. W dodatku TM działa, ma interesujące brzmienia, interesującą
kompozycję i nawet interesujący tekst (chociaż z tekstami bywa tak, że
tym bardziej są interesujące im mniej się udało wysłyszeć i tu może być
podobnie :) Obok Lightning Strikes, The Messenger wydaje mi się
największym sukcesem artysycznym The Ladder.
New Language ***+ (-)
Jestem okropnie zawiedziony tym utworem. Czytam sobie recenzje w a.m.y. i
ogarnia mnie wrażenie, że albo ja jestem już za stary, żeby dotarło do mnie
coś nowego/wspaniałego - albo większość fanów Yes padła ofiarą zbiorowej
halucynacji. Perkusja w tym utworze brzmi jak przeniesiona żywcem z Rhythm
Of Love! Po majestatycznym i pięknym - chociaż nie odkrywczym -
instrumentalnym wstępie mamy straszliwie banalną piosenkę Andersona.
Mówienie, że "pod koniec wchodzi wspaniałe solo Howe'a" niczego nie wnosi,
bo oznacza, że se świecą trzeba szukać w tym utworze czegoś specjalnego.
Solo owszem, jest, ale nie ratuje całości. Nie sądzę, żeby ktoś uważał And
You And I za dobre, bo "Howe daje czadu na gitarze hawajskiej" - daje i
"Eclypse" jest faktycznie przepiękną wizytówką AYAI, ale AYAI nie dzięki
niemu wyłącznie jest genialne: wielkość AYAI bierze się, moim zdaniem,
przede wszystkim z niepowtarzalnej kompozycji i zróżnicowania utworu, z
urody linii melodycznych, z niesamowitego zgrania wszystkich muzyków i
wkładu, jaki każdy z nich wniósł. Akstyczny wstęp, rytmiczna "przygrywka"
na basie, krótkie solo Wakemana zaraz potem - to wszystko idealnie
komponuje się w całość i żaden z tych elementów nie stanowi o doskonałośći
AYAI sam w sobie. A co ma do zaoferowania New Language, poza owym solem
Howe'a i klawiszowym wstępem? Nic. W każdym razie ja nic nie słyszę :(
Ogromna większość NL to niemal obraźliwie banalna skandowana melodia,
powtórzona kilka razy. Muzycy robią swoje w tle, więc całość jest lepsza od
typowego kawałka z ostatnich solowych albumów Andersona, ale *kompozycja*
jest sztuczna i mało ciekawa. (Notka: melodia i stylistyka pierwszych słów
utworu, "I speak from some sort of protection of language" przypominają do
złudzenia fragmencik "vessels of a different impression" z Arriving UFO!
Nie wiem czy to dobrze, ale wątpię :) Jeden z niewielu plusów: dobra
końcówka, mocna, nie przeciągnięta, co bywa częstą wadą utworów na TL.
Nine Voices **** (-)
Taki prawie-hymn, jaki tylko Anderson potrafi napisać, ale bywało lepiej.
Chciałbym dać pięć gwiazdek, ale z dnia na dzień coraz mniej mi się to
podoba i pisząc tę recenzję zacząłem nawet od trzech i pół. Jest *ładne*,
ciekawie wykorzystuje instrumenty perkusyjne, jakie nie pojawiały się chyba
wcześniej na płytach Yes (może poza Tales, bo tam chyba grało wszystko :) i
bardzo dobrze kończy płytę - ale, ale... jak na Yes to za mało, żeby
osiągnąć Wielkość.
Całość płyty: 4/6. Trochę za mało fascynujących kompozycji, trochę za dużo
banału. Mnóstwo pięknych popisów instrumentalnych w tle (nawet w tych mniej
ciekawych utworach), które jednak są tylko ozdobnikami często mało
inspirujących pomysłow melodycznych czy rytmicznych.
Najlepsza płyta Yes od 20 lat ? (A nawet od 25, ktoś twierdził.) Na pewno
nie. Nie lepsza od KTA2, nie lepsza od Dramy. Lepsza moim zdaniem od Union,
ale to co jest na Ladder dobre jest tylko niewiele lepsze, jeśli w ogólem
od *dobrych części* Union (uwielbiam Angkor Vat, takie osobiste zboczenie).
Jeśli uznać Talk za najciekawszą płytę okresu Rabina (myślę, że tak jest),
to Ladder plasuje się mniej więcej na równi z Talk z tym, że znacznie
lepiej brzmi i zespół jest znacznie bardziej zgrany, a Howe ma więcej i
lepszych pomysłów (no i Rabin nie śpiewa :). Sięgając do "starego" Yes,
umieściłbym Ladder na równi z Tormato, troszę niżej od Going For the One i
Dramy. Tormato wydaje mi się mniej dopracowane niż TL (nie mieli
producenta), za to ma trochę więcej nowatorskich brzmień i pomysłów, nawet
jeśli nie wszystkie te pomysły się ostatecznie sprawdziły. Natomiast
Tormato i TL podobne są także pod względem zróżnicowania utworów i
nastrojów (Silent Wings of Freedom -> Release Release -> Onward; Homeworld
-> Lightning Strikes -> Nine Voices).
Żaden utwór w mojej opinii nie otrzymuje najwyższej noty, ani nawet 5 i
pół. Chyba tylko Homeworld ma szansę wspiąć się trochę wyżej. New Language
też jeszcze ma szansę, ale do czterech, a nie do sześciu gwiazdek :( No to
może dla krótkiego porównania:
Be The One ****
That That Is *****+
Mind Drive *****
Footprints ****+
Bring Me To The Power ****+
Children of Light ****+ (plus za instrumentalną końcówkę!)
Sign Language ****
Open Your Eyes ***+
The Solution ****
Universal Garden ***
Love Shine * :-)
Uffff... Niech się już w końcu ukaże, to może się wypowiecie :)
.marek