Wywiad z Chrisem Squire
Wiesław Weiss Tylko Rock 12/1999
Jest jedynym muzykiem, który grał we wszystkich składach Yes. Nawet Jon Anderson, często postrzegany jako szef grupy, przed laty na jakiś czas ją opuścił i nie wziął udziału w nagraniu jednej z płyt - Drama. Chris Squire trwa natomiast na posterunku nieprzerwanie. I zdaniem Billa Bruforda to on jest faktycznym liderem formacji. Nie wszyscy jednak mają świadomość, jaką rolę w niej odgrywa. Jest wszakże nie tylko świetnym basistą, ale też kompozytorem dużej części jej repertuaru, zdarzało mu się też pisać teksty, chociaż w pewnym momencie odstąpił to zajęcie Andersonowi. Poprzednia płyta Yes, Open Your Eyes, była głównie jego dziełem. Najnowsza, The Ladder, powstała w bardziej demokratyczny sposób...
- Bill Bruford powiedział w jednym z wywiadów: Zasadniczo to Chris Squire był zawsze w Yes najważniejszą postacią, kimś w rodzaju dyrygenta. I moim zdaniem nadal pełni tę rolę...
- Zasadniczo jestem w Yes najważniejszą postacią, kimś w rodzaju dyrygenta (śmiech). Dzięki Bill! Wiesz, jeśli chcesz znać moje zdanie, to powiedziałbym, że są okresy, kiedy to Jon Anderson wytycza kierunek, w którym zmierza Yes, i są takie, kiedy ja mam decydujący glos. I myślę, że jest to zdrowa sytuacja. Wiesz, coś jak jin i jang. Nie ulega też wątpliwości, że i pozostali muzycy mają sporo do powiedzenia. Nie można na przykład nie doceniać roli Alana White'a, który jest perkusistą, a zespól musi podążać za perkusistą. Także Bill Bruford miał wpływ na kierunek poszukiwań Yes - zasługiwał na określenie "dyrygent" w takim samym stopniu jak ja. Wydaje mi się, że każdy, kto kiedykolwiek grał w Yes, miał w tym czy innym okresie coś dopowiedzenia.
- Dość ciepło wypowiadasz się o Billu. Tymczasem z opublikowanej niedawno książki Chrisa Welcha o Yes wynika, że w czasach, gdy grał jeszcze z wami, nie bardzo się lubiliście. Podobno zdarzały wam się nawet walki na pięści...
- Znalazłeś to u Chrisa Welcha? Stary, facet nie ma pojęcia, o czym pisze. To brednie. Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek pobił się z Billem z jakiegokolwiek powodu.
- Jesteś basistą o natychmiast rozpoznawalnym stylu. Ciekaw jestem, na kim się wzorowałeś w czasach, gdy zaczynałeś dopiero karierę?
- Moimi idolami byli w tym czasie Paul McCartney, Jack Bruce i John Entwistle.
- Czy nadal masz idoli?
- W dalszym ciągu siedzę dokonania tej trójki. Zresztą John Entwistle jest w tej chwili moim dobrym przyjacielem. Nie powiedziałbym jednak, że mam idoli. Ale lubię słuchać dobrych basistów. Także młodszych, jak chociażby Flea z Red Hot Chili Peppers.
- Gdy wracam do pierwszej płyty Yes, mam wrażenie, że byliście w tym początkowym okresie pod ogromnym wrażeniem trzech zespołów: The Beatles, Vanilla Fudge i The Fifth Dimension...
- Rzeczywiście! Jon Anderson i ja byliśmy wielkimi fanami The Fifth Dimension, ponadto zaś takiego popowego zespołu że Stanów The Association, a także duetu Simon And Garfunkel. W dokonaniach tej trójki szukaliśmy wzorów opracowania repertuaru pod względem wokalnym - sposobów harmonizowania głosów. Z drugiej zaś strony fascynowała nas grupa Vanilla Fudge. Chcieliśmy, by nasza muzyka miała tą samą moc, tę samą potęgę brzmienia, z równie ciężkimi organami Hammonda, wiesz, o co chodzi...
- A The Beatles?
- Któż wtedy nie był pod wpływem The Beatles?
- Jakim wspomnieniem jest dla ciebie udział Yes w pożegnalnych koncertach zespołu Cream w Royal Albert Hall w Londynie w 1968 roku?
- Dość odległym (śmiech). Od tamtej pory minęło ponad trzydzieści lat! Ale pamiętam te występy. Pamiętam też, że mniej więcej w tym samym czasie otwieraliśmy koncert Janis Joplin - również w Royal Albert Hali. Mieliśmy wiele szczęścia, mogąc na samym początku kariery obserwować z bliska, jak pracują wielcy i doświadczeni artyści.
- Czytałem, że w tych czasach mieliście wypadek samochodowy, który nieomal zakończył się tragicznie...
- Rozbiliśmy się dwukrotnie! I za każdym razem to ja siedziałem za kierownica (śmiech). Pamiętam zwłaszcza jeden z tych wypadków. Jechaliśmy dwupasmowy droga, a jeden z pasów został zamknięty i cały ruch puszczono moją stroną, z czego za późno zdałem sobie sprawę. Wiesz, znak był ledwie widoczny, a pogoda fatalna. I doszło do zderzenia czołowego z samochodem, który jechał z naprzeciwka. Ale my jechaliśmy dużym mikrobusem w piątkę, a gość jakimś małym wozem sam. No i roznieśliśmy go na strzępy. Powiedziałbym więc, że to raczej dla niego wypadek nieomal zakończył się tragicznie.
- Płytą, która przyniosła wam sukces, była The Yes Album. Czy to prawda, że osiągnęła szczyt brytyjskiej listy bestsellerów dzięki strajkowi pracowników poczty?
- Dokładnie tak było! (śmiech) Mieliśmy niesamowite szczęście. Wiesz, to było w czasach przedkomputerowych. I listy bestsellerów sporządzało się na podstawie raportów przesyłanych do odpowiedniego biura w Londynie z wybranych sklepów płytowych na terenie kraju. Cały ten system się zawalił, kiedy w 1971 roku doszło do wielkiego strajku pocztowców. A było to dokładnie wtedy, gdy ukazał się "The Yes Album". W następnych tygodniach listę sporządzano na podstawie raportów z jednego wielkiego sklepu w centrum Londynu - Virgin Megastore, założonego w tym czasie przez Richarda Bransona. A ponieważ Yes był zespołem działającym w Londynie i miał tam sporo fanów, nasz album wskoczył na pierwsze miejsce, co wtedy nie udałoby się, gdyby zestawienie sporządzano na podstawie wyników sprzedaży w całym kraju. Łut szczęścia! Późniejsze sukcesy Yes były pochodną tego szczęśliwego zrządzenia losu.
- Jedną z najbarwniejszych anegdot z dziejów Yes wydaje się historia zniszczenia przez realizatora Eddiego Offorda taśmy z ukończonym już przez was nagraniem Ritual przeznaczonym na album Tales From The Topographic Oceans. Czy mógłbyś powiedzieć, co się wtedy dokładnie wydarzyło?
- Nie najlepiej to pamiętam, ale wydaje mi się, że Eddie zniszczył taśmę przez pomyłkę. I myślę, że jesteś w błędzie - to nie była taśma z "Ritual", a z którymś z nagrań z albumu "Relayer".
- Pamiętam, że gdy Rick Wakeman po raz pierwszy odszedł z Yes, prasa muzyczna pisała już, iż zastąpi go Vangelis. Wiem, że Vangelis przyleciał wtedy z Paryża do Londynu i zaczął z wami pracować, a jednak to nie on został następcą Ricka, lecz Patrick Moraz. Co się wtedy stało?
- Vangelis nie potrafił zgrać się ze Steve'em Howe'em. Coś między nimi iskrzyło. Nie lubili grać ze sobą.
- Patrick Moraz również nie zagrzał miejsca w Yes zbyt długo. Dlaczego?
- Powód był właściwie ten sam. Patrick nie umiał znaleźć wspólnego języka ze Steve'em. Ja osobiście świetnie się dogadywałem z Patrickiem. Ale wiesz, jeśli pianista i gitarzysta nie lubią wzajemnie swojego grania, nie ma mowy o tym, zęby zespól mógt dobrze funkcjonować. A ponieważ Steve miał większy staż w Yes, uznaliśmy, że to Patrick musi odejść. Zwłaszcza że w tym czasie Rick zdecydował się wrócić do grupy.
- Patrick do dziś twierdzi, że go oszukaliście. Mówi, że był współtwórcą repertuaru płyty Going For The One, zwłaszcza utworu Awaken, ale na okładce wśród nazwisk kompozytorów nie uwzględniliście jego nazwiska.
- Przyznam szczerze, że nie pamiętam za dobrze momentu narodzin "Awaken". Wydaje mi się, że Patricka nie było już wtedy z nami i w pracy nad kompozycją brał udział Rick. Ale mam w głowie zamęt Nie pamiętam, jak to było dokładnie.
- Wiem, że kiedy niedawno, w 1997 roku, Rick Wakeman po raz kolejny odszedł z Yes, Patrick Moraz zgłosił się do was i zaproponował swoje usługi, ale wy podziękowaliście mu i zaangażowaliście Igora Khorosheva...
- Tak, to prawda.
- Czy Igor jest twoim zdaniem lepszym muzykiem niż Patrick?
- Nie, nie jest Ale, jak już wspomniałem wcześniej, Patrick i Steve nie najlepiej znosili się wzajemnie. Zdecydowaliśmy się więc zaangażować kogoś nowego. Wtedy wpadła nam w ręce taśma przystaną przez Igora, spodobała się nam i postanowiliśmy dać mu szansę.
- Skoro już mówimy o zmianach personalnych w Yes, powiedz mi, dlaczego odszedł z grupy Trevor Rabin, który miał przecież spory wkład w sukcesy Yes w latach osiemdziesiątych?
- Trevor zawsze marzył o tworzeniu muzyki filmowej i w końcu zdecydował się tym właśnie zająć, l całkiem dobrze sobie radzi.
- Steve Howe nie kryje w wywiadach, że poprzednia płyta Yes, Open Your Eyes, nie należy do jego ulubionych. Ciekaw jestem, jak ty ją dziś oceniasz.
- To świetna rzecz. Wiesz, Sferę Howe nie miał większego wkładu w jej powstanie. I jest zrozumiałe, że wynik nie jest tym, co by go w pełni satysfakcjonowało. Steve dojechał do nas w momencie, gdy robota dobiegała już końca. Zaczęliśmy pracę nad "Open Your Eyes" na początku 1997 roku we dwójkę, ja i Billy Sherwood. Wiosną dołączył Jon Anderson i dodał partie wokalne. Dopiero potem dograliśmy bębny Alana White'a. A na samym końcu, kiedy całość była już prawie gotowa, Steve Howe wszedł do studia i dodał partie gitary. Pojawił się na samym końcu i nie miał takiego wkładu w "Open Your Eyes "jak w "The Ladder".
- Dlaczego daliście najnowszemu albumowi tytuł The Ladder?
- Taki tytuł nosila początkowo główna kompozycja. Ostatecznie Jon Anderson nazwał ją inaczej - "Homeworld". Ale tytułu albumu nie zmienił. Zostało "The Ladder". I szczerze mówiąc, nie wiem, dlaczego, bo nigdy mi tego nie wyjaśnił.
- Jak wam się pracowało nad The Ladder?
- W bardzo przyjemnej, twórczej atmosferze. Wiesz, najpierw, w listopadzie i grudniu ubiegłego roku, zamknęliśmy się w studiu w Vancouver, żeby przygotować repertuar. I była to wielka frajda. A stworzyliśmy tyle muzyki, że później musieliśmy dokonać naprawdę ostrej selekcji i ostatecznie na płytę trafiły wyłącznie rzeczy, z których jesteśmy rzeczywiście zadowoleni. Dopiero potem przystąpiliśmy do nagrań. A sama sesja była interesującym doświadczeniem, pracowaliśmy bowiem z świetnym producentem, Bruce'em Fairbarmm (zmarłym wkrótce po sesji - przyp. ww). To on zaproponował, by płyta powstała właściwie na żywo - prawie wszystkie partie basu i perkusji oraz wiele partii gitary i instrumentów klawiszowych zarejestrowaliśmy na setkę, w jednym podejściu. Dzięki temu całość ma tak wspaniały klimat.
- Jaki wkład w The Ladder mieli dwaj muzycy o najkrótszym stażu w Yes - Billy Sherwood i Igor Khoroshev?
- Mieli spory wkład. Powiedziałbym zresztą, że Billy zadomowił się już w Yes. Gra z nami od ładnych paru lat. I wraz ze mną skomponował dużą część repertuaru poprzedniego albumu, "Open Your Eyes". No i tym razem również wniósł sporo pomysłów. Natomiast Igor po raz pierwszy uczestniczy! w tworzeniu repertuaru Yes, ale i on dodał coś od siebie. A jako pianista okazał się cennym nabytkiem. Nie tylko gra jak Igor Khoroshev, ale tez świetnie imituje style Ricka Wakemana i Tony ego Kaye'a. Zaangażowanie Billy'ego i Igora to był zastrzyk świeżej krwi.
- Najwspanialsza część płyty to moim zdaniem dwie dłuższe kompozycje - New Language i Homeworid. Czy mógłbyś opowiedzieć, jak się narodziły?
- W wyniku jamowania na próbach, tak jak wszystkie utwory na "The Ladder". Chociaż oczywiście pracowaliśmy nad nimi trochę inaczej niż nad pozostałymi. Ponieważ od samego początku chcieliśmy, by były to większe formy, staraliśmy się połączyć w nich wiele różnych pomysłów. Cieszę się, że ci się podobają.
- A która kompozycja na płycie jest twoją ulubioną?
- Lubię wiele z nich. Chociażby "Homeworld". Albo "Lightning Strikes". Wiesz, mógłbym właściwie wymienić każdy z tych kawałków. Urok "The Ladder" polega wiośnie na tym, że wszyscy jesteśmy usatysfakcjonowani wyborem utworów na płytę, a granie każdego z nich jest dla nas wielką frajdą!
- Powiedz mi jeszcze, czy pamiętasz koncert Yes w Warszawie?
- Pamiętam doskonale. W końcu po raz pierwszy graliśmy wtedy w Polsce. Podobało mi się, mimo że w pewnej chwili wysiadł prąd (śmiech). I mimo że środki transportu, którymi nas wożono, nie należały do najwygodniejszych. Ale sam występ był ekscytującym przeżyciem.
rozmawiał: WIESŁAW WEISS
|