Rozmowa z Chrisem Squirem, basistą zespołu Yes

Koncertem 26 października w katowickim Spodku rozpocznie się "Yessymphonic", nowa trasa koncertowa zespołu Yes, która potrwa w Europie do połowy grudnia. 27 października zespół wystąpi na warszawskim Torwarze. Są jeszcze dostępne bilety. Yes, klasycy rocka symfonicznego rozpoczęli karierę w 1969 r., wystąpią w Polsce w składzie Jon Anderson, Steve Howe, Chris Squire, Alan White. W grupie grali także m.in. tak słynni muzycy jak Bill Bruford, który związał się potem z King Crimson, i pianista Rick Wakeman. Najnowszy, bardzo udany album "Magnification", nagrany z udziałem orkiestry symfonicznej, ukazał się kilka tygodni temu. Patronem koncertów jest "Rzeczpospolita".
Yes to kolejny zespół rockowy, po Metallice, Deep Purple, Scorpions, który nagrał płytę z udziałem orkiestry symfonicznej i będzie ją promował koncertami z udziałem symfoników. Czy nie uważa pan, że to sposób na sprzedanie starego repertuaru w nowym opakowaniu?
CHRIS SQUIRE: Muzyka tworzona przez Yes zawsze określana była przez krytyków jako rock symfoniczny - kto więc, jeśli nie my, miał nagrać płytę z taką orkiestrą? Poza tym, "Magnification", nasz najnowszy album, zawiera wyłącznie utwory premierowe. Pomysł trasy koncertowej z symfonikami wyszedł od fanów. Zwłaszcza ci, odwiedzający stronę internetową Yes, od dawna sugerowali takie przedsięwzięcie. A dlaczego w ostatnim czasie zespoły rockowe tak często korzystają ze wsparcia orkiestry - trudno mi powiedzieć. Mogę tylko przypomnieć, że my robiliśmy to już wcześniej. Nagrany w 1969 r. album "Time and a Word" niedługo potem został zaprezentowany z towarzyszeniem orkiestry w londyńskiej Queen Elisabeth Hall. Większa liczba koncertów nie była możliwa m.in. ze względu na kłopoty techniczne. Brzmienie pozostawiało wiele do życzenia. Teraz nie nie mamy takich problemów. Bardzo pomógł w tym Larry Groupe, autor orkiestracji i dyrygent, który towarzyszy nam na koncertach.
Czy lubił pan chodzić do opery i filharmonii jako nastolatek?
Przyznam szczerze, że nie za bardzo, ale nie dlatego, bym nie lubił muzyki klasycznej. Raczej przeszkadzała mi atmosfera tych miejsc, nieco krępująca dla młodych ludzi, którzy niezbyt lubią wieczorowe stroje. Mogę się jednak pochwalić, że od najwcześniejszych lat śpiewałem w chórze Kościoła anglikańskiego. I było to dla mnie wspaniałe wprowadzenie w świat muzyki klasycznej.
A czy teraz, kiedy nagrywa pan wspólnie z symfonikami, koncertuje z nimi, zaczął pan bywać w filharmonii i operze?
Niechęć do opery pozostała do dziś. Wolę Strawińskiego czy Dworzaka z płyt. Generalnie, lubię muzykę z początku XX wieku. Jeśli mam słuchać poza domem utworów niezwiązanych bezpośrednio z moją branżą, wybieram musicale. Kiedy byłem ostatnio w Nowym Jorku, obejrzałem słynnych "Producentów" Mela Brooksa, obsypanych nagrodami Emmy. Ale i na tym spektaklu zdarzyło mi się przysnąć.
Nie wydaje się panu, że pozycja starszych zespołów rockowych we współczesnym przemyśle ostatnio maleje?
Nie sądzę. Czuję się bardzo szczęśliwym muzykiem, spełniam swoje kolejne marzenia. Nie jest to zresztą zasługa wytwórni płytowych, lecz naszych słuchaczy, bardzo do nas przywiązanych. Mimo upływu lat nie mamy problemów z frekwencją na koncertach. To także zasługa nowych albumów. Staramy się nie stawać w miejscu. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że wciąż podoba mi się to, co robimy.
Ale przyzna pan, że ostatnio żaden z największych koncernów płytowych nie podpisał z Yes kontraktu.
Powiedziałbym raczej, że to my nie podpisaliśmy umowy z nimi. Po latach utarczek, kompromisów, postanowiliśmy założyć własne wydawnictwo płytowe Beyond Music w Los Angeles. Praca z wielkimi firmami jest naprawdę męcząca. Dla nich najważniejsze jest to, by sprzedać w dwa miesiące kilka milionów albumów. Myślenie tylko o tym musi być dla muzyka przygnębiające.
A czy wyniki sprzedaży waszych płyt bardzo odbiegają od wymagań koncernów?
Każdy z naszych albumów osiąga nakład około miliona egzemplarzy. Uważam to za dobry wynik. Trudno być na szczycie list przebojów przez trzydzieści lat. Ale mieć fanów po tylu latach, to już sztuka.
Jak odnosi się pan do nowych brzmień w muzyce pop?
Moim zdaniem, Europa jest o wiele bardziej spragniona nowinek, takich jak hip-hop, niż Stany Zjednoczone. Tam mają one mniejsze znaczenie, jeśli wziąć pod uwagę popularność wszystkich muzycznych gatunków, w tym tradycyjnych. Nie dziwię się jednak modom, zwłaszcza w muzyce tanecznej, gdzie rzeczy nowe zawsze mają największe znaczenie. Niedługo możemy spodziewać się nowych brzmień i hip-hop, tak dziś popularny wśród nastolatków, zejdzie na dalszy plan.
Yes nie ma w planach muzycznej rewolucji?
Raczej nie. Ale osobiście bardzo lubię najnowszy album Garbage, który łączy muzykę taneczną i hip-hop. Jak widać, nie jestem więc zatwardziałym konserwatystą.
Rozmawiał Jacek Cieślak
Wywiad ukazał się w dzienniku "Rzeczpospolita" 23 października 2001.
Zdjęcie (c) BMG ARIOLA POLAND, tekst (c) Rzeczpospolita