From: marek jedlinski <eristic@LODZ.PDI.NET> 12-04-00 14:20
Nigdy bym sie nie spodziewal. Przyjezdzaja czasem do nas rozmaici
profesorowie z USA, z wykladami. Zwykle sa raczej... malo odjazdowi,
powiedzmy. Wczoraj tez. Poszedlem na zebranie z obowiazku. Tymczasem facet
pisze ksiazke o psychedelii w popularnej kulturze amerykanskiej. Zrobil
ladny wstep szukajac korzeni przezyc "transcendentnych" w amerykanskim
romantyzmie, nic nowego... A potem powiedzial, ze pusci tasme, 10-minutowy
zlepek krotkich fragmentow roznych utworow rockowych, ktorych teksty
(metafory, obrazowanie) wydaja sie kontynuacja tamtych, tylko ze silniej
uwarunkowana LSD i podobnymi chemikaliami. I puscil. Siedza, patrze z
ciekawosci, wiekszosc ludzi siedzi jak na tureckim kazaniu - a z tasmy
idzie Najpierw Dylan (Tamburine Man), potem Joni Mitchell, Hendrix (Voodoo
Child), Beatles (Within You Without You), Pink Floyd (Echoes) - i mysle
sobie, ze jak nic Yes tu pasuje. A z tasmy znow troche Dylana i Hendrixa i
pare innych fragmentow - w sumie byl tylko jeden, ktorego nie rozpoznalem.
A pod sam koniec - jak raz mi dech odjelo, bo slysze "Dawn od light lying
between the silence and solid sources..." Cala melodeklamacje z poczatku
"Revealing" zapuscil, wyciszyl na wejsciu muzyki. I tak moi koledzy z pracy
i przelozeni posluchali sobie Yes w kontekscie akademickim :)
.marek